Portland w stanie Oregon, zwane Miastem Róż, reklamuje się nieoficjalnym hasłem: „Utrzymuj Portland w dziwaczności!”. To właśnie tutaj były gubernator stanu w pamiętnym przemówieniu z 1971 roku powiedział słynne słowa: „Przyjeżdżajcie do nas raz po raz. To stan ekscytacji. Ale na litość boską, nie przyjeżdżajcie tu, żeby żyć.” I właśnie w tym pięknym, choć dziwacznym miejscu, żyje Timmy Fiasco – postać stworzona przez rysownika stripów i byłego prawnika, Stephana Pastisa, uwielbianego przez swoich kilkuletnich fanów na całym świecie, którzy ubłagali go, żeby powstał film na podstawie jego postaci i historyjek. No więc powstał.
Timmy i jego sześćsetosiemdziesięciokilogramowy niedźwiedź polarny o imieniu Total prowadzą słynną agencję detektywistyczną. Ich siedziba mieści się w przyciasnym schowku na ubrania w maminej szafie. Timmy marzy o wielkości, więc po mieście porusza się sfatygowanym segwayem mamy, wygranym kiedyś w parafialnej loterii. Czasem to właśnie ona jeździ nim, żeby się odprężyć, ale częściej służy on Timmy’emu w patrolach po mieście – wtedy nosi dumne imię Fiascomobil. Jego agencja „Totalne Fiasco” zajmuje się najgorętszymi sprawami w mieście: kradzieżą plecaka, śmiercią klasowego chomika, notorycznym złodziejem kobiecych torebek i obecnością w mieście „ruskich”, którzy z pewnością planują liczne akty dywersji. Oczywiście ruskim jest każdy brodaty facet prowadzący foodtrucka.








Moja ocena: 7/10 („dobry”) „Timmy Fiasco: Błędy się zdarzają” to fantastyczna komedia, na której można się naprawdę uśmiać – pod warunkiem, że ktoś lubi absurd, suchy dowcip i bohatera, który traktuje każdy szczegół jak dowód w śledztwie o globalnym znaczeniu. Polski dubbing jest poprawny, ale nie oddaje całego uroku językowego oryginału, więc zdecydowanie warto obejrzeć z napisami.
Timmy, z całą swoją paranoją, teoriami i śledztwami, jest po prostu dzieckiem, które bardzo próbuje ogarnąć świat po rozpadzie rodziny – jego ojciec odszedł, zostawiając matkę samą z dzieckiem. Wyobraźnia staje się jego zbroją, tarczą i jednocześnie sposobem, żeby nie czuć się ofiarą.
Winslow Fegley to castingowy strzał w dziesiątkę. Młodszy brat Oakesa gra chłopca, który zawsze „ma plan”, nawet jeśli plan właśnie płonie. Patrzy na dorosłych z miną człowieka, który wie lepiej, i robi to z taką powagą, że trudno się nie uśmiechnąć. Prawdziwy odludek z klasą – uparty, zabawny, nieświadomie wzruszający.
„Timmy Fiasco: Błędy się zdarzają” nie próbuje być mądry, ciepły ani poprawny. Zamiast tego jest dziwny, nierówny, momentami groteskowy – i właśnie dlatego bardziej prawdziwy niż większość filmów o dzieciństwie. To historia o wyobraźni, która nie mieści się w szkolnych ramach, o świecie, który dla dorosłych jest niezrozumiały, a dla dzieci bywa jedynym sposobem na przetrwanie.
